ACTA 2 – atak na wolność w Internecie?

ACTA 2 – atak na wolność w Internecie?

W ostatnich latach Internetem cztery literki wstrząsnęły już dwukrotnie – najpierw ACTA w roku 2012, a następnie RODO w roku 2018. Teraz przyszedł czas na ACTA 2.

header

Czym jest ACTA 2?

„ACTA 2” jest potocznym określeniem unijnej dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Prace nad dyrektywą trwają już od 2016 r., jednak szczególnie istotne wydarzenia nastąpiły w 2018 r. Najpierw – dnia 5 lipca 2018 r. – projekt dyrektywy w ówczesnym brzmieniu nie został przyjęty przez Parlament Europejski i został skierowany do dalszej debaty. Zapewne spory wpływ na taką decyzję miały liczne społeczne protesty w europejskich miastach, w ramach których wyrażano sprzeciw wobec ograniczania wolności w Internecie. Swój negatywny stosunek do omawianej dyrektywy wyrazili nawet wikipedyści, zaciemniając w ramach sprzeciwu strony Wikipedii w dniach 4-5 lipca. Dnia 12 września 2018 r. – po uwzględnieniu poprawek – projekt został już zaakceptowany przez Parlament Europejski. Celem dyrektywy jest dalsza harmonizacja przepisów Unii w zakresie prawa autorskiego i dostosowanie tych przepisów do obecnego poziomu rozwoju technologicznego na rynku cyfrowym. Zdaniem obrońców dyrektywy, wprowadzenie nowych przepisów jest niezbędne, aby skutecznie chronić twórców i wydawców oraz zapewnić im możliwość osiągania zysków z wykorzystywania i rozpowszechniania ich materiałów w sieci.

Na czym polegają kontrowersje?

Emocje i kontrowersje ogniskują się na dwóch przepisach dyrektywy: art. 11 i art. 13.
Artykuł 11 (który wprowadza, zdaniem krytyków, „podatek od linków”) dotyczy praw pokrewnych wydawców publikacji prasowych. Zgodnie z tym przepisem wydawcy mają uzyskać wyłączne prawo do decydowania o zwielokrotnianiu wydanych przez siebie publikacji oraz wyłączne prawo do decydowania o podawaniu do publicznej wiadomości takich utworów, m. in. w Internecie. Innymi słowy, wykorzystanie publikacji prasowej będzie wymagało zawarcia z określonym wydawcą stosownej umowy licencyjnej i ewentualnie uiszczenia odpowiednich opłat. Jednocześnie zastrzeżono jednak, że wprowadzone w tym artykule prawa nie uniemożliwiają prywatnego i niekomercyjnego korzystania z publikacji prasowych przez użytkowników indywidualnych. Ponadto, omawiane prawa wydawców nie dotyczą hiperłączy, którym towarzyszą pojedyncze słowa.
Omawiany przepis oznacza, że dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, jak np. Facebook czy Google, nie będą już mogli zamieszczać linków do artykułów w dotychczasowej formie – tj. zazwyczaj z kilkuzdaniowym wstępem lub zdjęciem zaczerpniętym z oryginalnej publikacji. Projektowany przepis dopuszcza posłużenie się w zasadzie jedynie „gołym” linkiem. Jeśli dostawca treści będzie chciał posłużyć się szerszym odesłaniem do publikacji, będzie musiał uzyskać stosowną licencję. W konsekwencji komentowany przepis może doprowadzić do utrudnienia dostępu do informacji.

Artykuł 13 dyrektywy dotyczy podmiotów, które przechowują i udostępniają na swoich stronach internetowych dużą liczbę treści chronionych prawem autorskim, zamieszczanych przez użytkowników (jak choćby Facebook, czy Youtube). Podmioty te powinny zawierać stosowne umowy licencyjne z osobami uprawnionymi. Jeśli jednak posiadacze praw nie będą chcieli zawrzeć odpowiednich umów licencyjnych, to dostawcy usług internetowych będą de facto odpowiedzialni za to, żeby przedmioty objęte ochroną prawnoautorską nie były dostępne na ich platformach. Pierwotny tekst dyrektywy jako jedno z narzędzi do realizacji tego obowiązku wskazywał wprost na „stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści”. To właśnie to sformułowanie, wielokrotnie cytowane podczas różnych dyskusji, stało się symbolem cenzury w sieci. Mimo, że obecnie – po uwzględnieniu poprawek podczas prac nad projektem – przedmiotowe sformułowanie zniknęło już z tekstu dyrektywy, to ogólny sens przepisu i zakres obowiązków dostawców usług został niezmieniony. Oznacza to, że dyrektywa nakłada na serwisy i platformy internetowe obowiązek sprawdzania treści pod kątem naruszenia praw autorskich. Przeciwnicy dyrektywy powątpiewają w skuteczność stosowanych w tym celu algorytmów, zwłaszcza w perspektywie ich zdolności do odróżniania naruszenia praw autorskich od dozwolonych przypadków wykorzystania cudzych utworów w formie cytatu, w ramach parodii, czy karykatury.
Dla porządku trzeba też wspomnieć, że dyrektywa wyłącza spod obowiązku kontroli treści m. in. małe i mikroprzedsiębiorstwa oraz serwisy prowadzące działalność o charakterze niekomercyjnym, jak encyklopedie online.

Ocena dyrektywy

Czy faktycznie dyrektywa stanowi zagrożenie dla wolności w Internecie? Czy może przepisy spowodują jedynie wzmocnienie słusznych interesów artystów – jak twierdzą zwolennicy omawianych przepisów? Ocena dyrektywy z pewnością nie jest łatwa i jednoznaczna. W zrozumieniu problemu przez społeczeństwo nie pomaga na pewno to, że większość informacji dotyczących nowych przepisów jest modulowanych przez tuby propagandowe. Zarzut ten dotyczy zarówno jednej, jak i drugiej strony barykady. Niewątpliwie przerysowane i wprowadzające w błąd są teksty o tym, że dyrektywa wprowadza „podatek od linków”, czy „zakazuje publikowania memów”. Z drugiej strony bezpodstawne i nieco lekceważące są twierdzenia zwolenników dyrektywy o tym, że społeczeństwo nie rozumie nowych przepisów, które nie wprowadzają żadnych istotnych ograniczeń, a które są jednocześnie konieczne do obrony praw biednych, drobnych artystów, pozostawionych bez środków do życia w tym bezwzględnym, internetowym świecie. Prawda jest taka, że dyrektywa zakłada wprowadzenie nowych mechanizmów, których wdrożenie może pośrednio uderzyć w zwykłych użytkowników Internetu. Poza tym przepisy są niejasne i nieprecyzyjne, w części wydają się nie do końca przemyślane. W moim przekonaniu obecny tekst dyrektywy jest lepszy od pierwotnego brzmienia proponowanego przez Komisję Europejską (przynajmniej w zakresie omawianych dwóch przepisów), co w dużej mierze jest zasługą, opisywanych już wcześniej, protestów przeciwników dyrektywy. Trzeba jednak mieć na uwadze, że prace nad dyrektywą wciąż trwają, a po ostatecznym przyjęciu dyrektywy musi ona zostać jeszcze implementowana przez poszczególne państwa członkowskie, poprzez wprowadzenie odpowiednich przepisów krajowych. Ostateczny kształt przepisów, które będą obowiązywać w Polsce nie jest zatem jeszcze znany, ale warto śledzić na bieżąco temat ACTA2. Bardziej szczegółowa analiza przepisów art. 11 i 13 dyrektywy zostanie przeze mnie przedstawiona w kolejnych publikacjach.

Adwokat, absolwent WPiA Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jego zainteresowania zawodowe koncentrują się wokół szeroko pojętego prawa informatycznego i internetowego.

Wszystkie artykuły autora>>

Dodaj komentarz